O wyższości Doktora nad Doktorem

Kilka słów wstępu dla tych, co nie znają serialu: Doktor jest kosmitą z rasy Time Lordów, ma pojazd (TARDIS) który może dowolnie poruszać sie w czasie i przestrzeni, przez ponad 900 lat opiekował się planetą Ziemia i ludzkością, broniąc ją przed zakusami złych kosmitów. Śmiertelnie ranny nie umiera, ale regeneruje się w nowe wcielenie (czyli nowego aktora, który odtwarza tę postać). Serial kręcony jest w Wielkiej Brytanii od lat 60 XX wieku, wznowiono go w 2005 roku, a Christopher Eccleston jest 9 aktorem grającym tę rolę. Doktor zawsze podróżuje z towarzyszką z Ziemi, odwiedza różne punkty w ziemskiej historii albo obce planety.

Co jakis czas powracają flejmy o to, który z aktorów grających Doktora w nowej serii jest lepszy od pozostałych. Z mojego punktu widzenia są to flejmy kompletnie pozbawione sensu, kocham Doktora, bo to genialnie wymyślona postać, a każdy z aktorów dorzuca do niej własną charyzmę i każdego bardzo lubię, choć to lubienie wynika z różnych źródeł.

Christopher Eccleston – od niego zaczęłam oglądanie – i gdyby nie on pewno odpadłabym po pierwszym odcinku. Ale postać Doktora, którą pokazał, sprawiła, że zakochałam się i wsiąkłam: oschły psychopata, a zarazem adrenaline junkie uśmiechajacy się szeroko na każdą wzmiankę o niebezpieczeństwie. Ten jego szalony uśmiech, gdy na pytanie Rose “Is it always this dangerous?” odpowiada “Yes, even more”. Eccleston jest Doktorem uzależnionym od niebezpieczeństwa, ale i naznaczonym ponurą przeszłością – nie epatuje tym jednak – widać, że Doktor nosi w sobie jakieś mroczne tajemnice, widać, że nie chciałby o pewnych sprawach pamiętać. Zagrzebane jest w nim to bardzo głęboko, ale dzieki temu jest tym bardziej intrygujący. Eccleston poza tym ma charyzmę faceta brzydkiego, lecz z charakterem i świetnie jej używa. Potrafi być też straszny w gniewie i genialnie odgrywa wewnętrzne kiełznanie rozbuchanych emocji – przez cały sezon oczu nie mogłam od niego oderwać, oglądałam te odcinki wyłącznie dla jego aktorstwa, fabuły niespecjalnie były ważne (poza odcinkami Empty Child i Doctor Dances). A potem, dla mnie zupełnie niespodziewanie, w ostatnim odcinku zregenerował sie w jakiegoś mydłkowatego młokosa, co pozostawiło mnie w stadium głębokiego nieszczęścia i z pytaniem “co to ma być za Doktor, bez tej charyzmatycznej gęby, jak ja mam to oglądać, chlip.” I w ten sposób Doktorem został

David Tennant – to była miłość trudna i długo musiałam się do jego wersji Doktora przekonywać. Nie mogłam oprzeć się porównaniom z Ecclestonem i dopiero po dłuższej chwili kupiłam jego pomysł na postać: zwariowany trickster, ze swoimi trampkami do garnituru, z okrzykiem allons-y! na ustach, rozczochrany, radosny i entuzjastyczny, młokosowaty i zakręcony. Stopniowo też i jego Doktor zaczął nabierać ciemniejszych tonów, jego gniew był zaiste straszny (tym straszniejszy, że w dużym kontraście z resztą emploi), a uzależnienie od niebezpieczeństw i brak strachu przed czymkolwiek w końcu mnie przekonały. Jednak najbardziej charakterystyczne w Doktorze Tennanta jest to, że jest bardzo ludzki, emocjonalnie otwarty, to chyba jedyny Doktor, który zakochuje się w ziemskich kobietach i szczerze mówi, że jest mu przykro. Każdy Doktor jest zafascynowany ludźmi, ich cywilizacją, sztuką, emocjami – ale chyba tylko Tennant jest tak głęboko przywiązany do ludzkich bohaterów i tylko on pozwala sobie na doświadczanie silnych emocji. Ten sentymentalizm trochę mi zresztą przeszkadza, ale zapewne jest przyczyną tak silnego przywiązania wielu widzów do Doktora w wersji tennantowej.

Matt Smith – jego znów pokochałam od pierwszego wejrzenia. Jest najbardziej zwariowany, nieobliczalny i szalony, a zarazem najmniej ludzki z współczesnych Doktorów. Jest jak nastolatek na speedzie, na permanentnym haju, upojony gigantyczną wiedzą i nieograniczonymi możliwościami swej rasy. Doktor grany przez Smitha naprawdę jest kosmitą, ludzkość to dla niego obcy gatunek, który można obserwować z fascynacją, ale którego emocji nie sposób zrozumieć. Za każdym razem gdy Amy czy Rory mówią o emocjach lub okazują uczucia – Doktor wycofuje się, ucieka w błaznowanie, nawet pocałunek River Song przyjął jako coś kompletnie niezrozumiałego i niepożądanego. I podczas kiedy Tennant nosił na swoich barkach odpowiedzialność za cały wszechświat i czuł sie moralnie odpowiedzialny za każde swoje niepowodzenie – Smith ma problemy z pojęciem odpowiedzialności, zrzuca ją na towarzyszy, błazenadą zagłusza każdy trudny temat. Ale i tak wychodzi cało z wszystkich problemów – wdzięk i bezczelność są jego bronią. Tak, uważam, że Matt Smith ma wdzięk, jest kolejnym brzydkim facetem z wielką charyzmą – a tacy są najlepsi, by grać Doktora. No i nosi muszkę, a muszki są fajne.

Tak naprawdę jednak nie jest ważne, czyją twarz ma Doktor. Ważne jest, że spełnia dziecięce marzenie, by polecieć/popłynąć/przenieść się w ciekawe czasy i na przedziwne planety, przeżyć zwariowane przygody i wyjść z nich cało tylko dzięki sonicznemu śrubokrętowi, sprytowi i szlachetnym intencjom. Wherever or whenever, but on one condition: that it’ll be exciting!

Słodziutki transwestyta z transseksualnej Transylwanii


Rocky Horror Show w Och-teatrze ma wszystko to, co fajny musical mieć powinien: pełne energii tańce, wpadające w ucho refreny piosenek (tak, polskie tłumaczenie daje radę, da się po polsku podśpiewywać), bajeczne stroje, fajne pomysły inscenizacyjne, dobrze śpiewających aktorów. A co najważniejsze – to jest prawdziwy Rocky – campowy, obciachowy, bezpruderyjny, unurzany w motywach z filmów klasy B, C, a nawet Z, Ż czy Ź. Jedyny zarzut jaki mam, to realizacja dźwięku – było trochę za głośno na piosenkach, a za cicho na dialogach.
Jest niestety problem z uczestnictwem publiczności, my – przebrani jak na załączonym obrazku – stanowiliśmy samotną barwną grupkę wśród szacownych konsumentów kultury przez duże K. Dawała się wyczuć konsternacja częsci widowni tym, co się dzieje na scenie – chociaż były też piski i oklaski w odpowiednich miejscach. Jeśli ktoś chciał, to dał radę nauczyć się przed spektaklem przynajmniej refrenów najważniejszych piosenek – na stronie fanowskiej na fejsie były podawane polskie teksty i opis choreografii do Time Warp – więc można było przyjść przygotowanym i śpiewać i machać rękami – co też czyniliśmy.
Dodatkowe smaczki to elementy scenografii: samochód Brada i Janet wyglądający jak kabriolet zrobiony ze starego żuka czy maszyna do ożywiania Rocky’ego zbudowana z roweru, korby, przewodów i staroświeckiej lodówki. Świetne są też fantomy – czyli tancerze drugiego planu, w tandetnych strojach jakby przeniesionych z polskiej estrady z lat 80 – i ich taneczno-ekspresyjne komentarze do przebiegu fabuły (np. Brad i Janet śpiewają miłosne wyznania, fantomy demonstrują, że zbiera im się na wymioty).
Rocky w Och-teatrze pokazuje, że da się prostymi środkami zrobić bardzo fajny musical. A najważniejsze, że twórcy nie przestraszyli się obyczajowych tabu, i nie zrobili spektaklu dla widzów oczekujących od teatru powagi i wysokiej sztuki. To spektakl dla fanów campu, obciachu, tandety – jedyne koturny, które się tam pojawiają, to te, które nosi na nogach Frank’N'Furter.
Mam przeczucie, że warszawski Rocky dorobi się grupy fanów, i że na kolejnych spektaklach będzie pojawiało się coraz więcej widzów wtajemniczonych i odpowiednio reagujących. Mam zamiar przekonać się o tym za jakiś czas, przy okazji sprawdzania, jak sobie radzi na scenie druga wersja obsady.

Śmierć w dyskotece

Nie jestem wielką znawczynią ani fanką oper, ale bardzo podoba mi się to, co z operami robi Mariusz Treliński. Jego uwspółcześnienia nie są tylko zmianą kostiumu i sztafażu, one tworzą klimat, są związane z muzyką i treścią dramatyczną utworu. A do tego – są po prostu estetycznie piękne. Udało mi się wreszcie zobaczyć Traviatę i nie ukrywam, znowu dałam się oczarować. Jak zwykle w takich razach spłodziła mi się impresja opisująca dość dokładnie przebieg spektaklu – jak ktoś chce się wybrać i zobaczyć na własne oczy, niech lepiej przeczyta tylko końcowy akapit. Ale że o bilety niełatwo, a graja rzadko – może ten mój eleborat da Wam pojęcie, co tracicie.

Prolog – dyskotekowa lustrzana kula rzuca rozbiegane błyski na całą przestrzeń teatru, sprawia, że postacie na scenie są niewyraźne, ukryte w śnieżnej zadymce. Pary wirują w tańcu dookoła niewyraźnego kształtu na postumencie. Dopiero gdy kula i półprzeźroczysta kurtyna się uniosą można rozpoznać co to za kształt: biała elegancka trumna – błyszcząca kryształami swarowskiego, stylizowana rewiowo – ale jednak trumna. Po chwili wieko otwiera się i jak wapirzyca w klasycznych firmach grozy podnosi sie z niej Violetta w srebrzystej sukni – wskrzeszona w ten slapstikowy, ograny sposób by opowiedzieć ponownie historię swojej wielkiej miłości i śmierci. Oczywiste? Banalne? Być może, ale czyż ta historia nie jest taka od chwili jej napisania? A jednak tłumy widzów niezmiennie walą do teatru by ją obejrzeć.

Pierwszy akt dzieje się w nocnym klubie, dyskotekowa kula wiruje nad fioletowymi kanapami, lustrzaną podłogą, podświetlonymi schodami i podestem, na którym prężą swe ciała kabaretowe girlsy. Jesteśmy w czymś na kształt współczesnego Moulin Rouge (zresztą i film o tym tytule oparty był na tej samej fabule). Jest modernistycznie, czarno i lustrzanie, imprezowicze noszą wykwintne stroje od współczesnych projektantów mody. Baron-protektor Violetty wystylizowany jest tak, że wygląda jak Karl Lagerfeld.

Całe to wnętrze zamknięte jest w ruchomym pudełku, które porusza się w poprzek sceny, sunie, odsłaniając to kulisy z rusztowaniami po lewej stronie, to wąski hotelowy korytarz i apartement Violetty po prawej. Wszystkie te wnętrza są realistyczne, urządzone w nowoczesnym, lecz bardzo luksusowym stylu – jednak ich umieszczenie w amfiladzie i niemal nieustatnne przemieszczanie się bierze w teatralny nawias wszystko, co się tu wydarzy.

Violetta w gorsecie i wdzianku z piór kryguje się, bryluje, oczarowuje. Atak kaszlu i słabości ukrywa w sterylnej, pustej, o wiele za dużej łazience. Ona chce rządzić tym światem, lecz nie panuje nad nim. Potrafi oczarować mężczyzn, lecz zdaje się zmęczona ukrywaniem własnej choroby i jej konsekwencji. Jej decyzja, by uciec z tych ruchomych pomieszczeń-klatek nie dziwi zupełnie. Aleksandra Kurzak jako Violetta używa swego głosu perfekcyjnie, budując dramatyczne napięcia i liryczne fragmenty arii, i dając całej tej banalnej wtłoczonej w sztuczne ramy historii rys prawdziwego tragizmu – wyśpiewane przez nią emocje nie mieszczą się w jakichkolwiek klatkach sztafażu i sztampy.

Drugi akt – kwadratowy basen oświetlony ciepłym słońcem, plecione fotele, kije do golfa, eksluzywne szlafroki i cieme okulary od Dolce Gabbana. Oto sceneria szczęścia Violetty i Alfreda. Gdy pojawia się jego ojciec żądający ofiary, zerwania tego związku z kobietą o parszywej reputacji – nie zmienia się nic, poza światłem, które staje się niebiesko-zimne, i głosem Violetty,coraz bardziej przejmującym i pięknym.

Akt trzeci – powrót do klatek nocnego klubu i apartamentu, Violetta w ogromnej, błyczącej sukni odgrywa byka na korridzie – tancerze-torreadorzy wbijają swoje włócznie w materiał jej sukni, przyszpilając ją do podestu, więżąc na zawsze w sztampie, burleskowej rutynie, sztucznym widowisku. Albert przybywa i rzuca jej w twarz pieniądze, za które go utrzymywała – a jednocześnie przygniata ją do ziemi, i gwałci, na oczach wszystkich gości nocnego klubu – ale i to jest widowisko. Gilsy przykryją Violettę białymi wachlarzami z piór jak anielskimi skrzydłami, tancerze wskażą znajomy kształt na podwyższeniu – biała, lśniąca trumna, oświetlona rewiowymi reflektorami, kusząca jak na reklamowym klipie. Gapie szybko odchodzą, zostaje tylko złamana, upokorzona Violetta, chora i porzucona na wielkim błyszczącym, czarnym parkiecie, pod wirującą lustrzaną kulą.

Zakończenie – buduar Violetty rozrasta się na całą scenę, już nie jest małą klatką, jest całym światem. Lekarz, służąca i wspomnienia – to wszystko co jej pozostało. I głos, którym można wyrazić niewyrażalne. Powrót kochanka, jego bliskość -
nie wiadomo czy to prawda, czy tylko majaczenia umierajacej. Na koniec pozostanie jeszcze lustrzana kula wirująca nad głową i aria urwana w pół oddechu.

Treliński opowiada nam historię diwy i śmiertelnie chorej kurtyzany jak historię spalającej się gwiazdy rocka – w programie są nawiązania do przedwczesnej śmierci Marilyn Monroe i Kurta Cobaina. Główną bohaterką jest dla niego nie sama Violetta, ale śmierć: tym bliższa i oczywista im bardziej chcemy się spalić w rozrywkach i używkach (w końcu miłość jest jedną z nich). Buduje spektakl z cytatów z rewii, filmów grozy, kiczowatych romansów i musicali, zachowując jednak umiar i szlachetność koncepcji plastycznej. Jak zwykle jest to wszystko chłodne, klarowne, subtelnie skonstruowane. Ale obsadzona w głównej roli Alaksandra Kurzak psuje mu trochę szyki – jej głos i emocje, które wywołuje, jej znakomite aktorstwo i charyzma sprawiają, że banalna historia, której sztampowość chciał podkreślić reżyser, staje się naprawdę wzruszająca i osobista. Ale właśnie dlatego kochamy wszystkie te przedwcześnie zgasłe gwiazdy – ich emocje i charyzma były zbyt silne, byśmy mogli o nich zapomnieć. Pod tym względem Violetta Trelińskiego rzeczywiście jest jak Marilyn – piękna, niezapomniana i martwa.

Tron

Z pierwszego Trona pamiętam niewiele - przede wszystkim podekscytowanie mojego ojca tym, że to pierwsza animacja wygenerowana komputerowo. A to co pamiętam z samego filmu jest głównie wizualne: światłocykle, grid pocięty prostymi liniami, wirująca kolumna światła.

Z nowego Trona też zostaną mi w pamięci głównie obrazy, ale za to dzięki 3D w imaksie to są obrazy wszechogarniające, przy tym gigantycznym ekranie człowiek czuje że siedzi w środku filmu i to jest niesamowite. To samo wrażenie miałam zresztą na Avatarze – głęboka imersja w świat przedstawiony i nieskrępowany zachwyt tym uczuciem i światem, który mnie otacza. Zachwyt i radość z zanurzenia powróciły w Tronie, choć świat przedstawiony zupełnie inny, ale chyba nawet bardziej zachwycający niż obłędna kolorystyka i krajobrazy Pandory. Tron jest wysmakowany estetycznie, piękny dzięki szlachetnej prostocie designu i twórczej konsekwencji. Czerń, biel, srebro i pomarańcz – nie trzeba więcej barw. Do tego obrazy, które pozostaną w głowie na długo: Początkowa podróż kamery przez cyfrowe miasto, które przeistacza się w świat realny, zakończona niesamowitym lotem nad wodą. Skórzano-kewlarowe kombinezony w świetliste proste wzory. Gigantyczne pojazdy w kształcie bram czy łuków triumfalnych unoszące się wysoko nad czarnym pustkowiem. Białe i czarne makijaże programów imprezujących w klubie w świetlistej kapsule na szczycie ogromnej wieży. Szklący się pociąg zaprojektowany z eleganckich krzywych i przemieszczający się po świetlistym promieniu. Chłodna elegancja wnętrza pustelni Kevina Flynna.

Wszystko zanurzone w precyzyjnej, pulsującej muzyce Daft Punk, doskonale dopasowanej do tego co widać na ekranie. Ten film wywołuje czysty estetyczny zachwyt, opowiedziana historia nie ma dla mnie znaczenia, wystarczy piękno obrazu, gra białych i pomarańczowych świateł na czerni, dynamika zmieniających sie scen, tętniący elektroniczny rytm. Jeśli mierzyć wartość filmu przyjemnością wyniesioną z oglądania – daję 10 punktów na 10. I nie bardzo chce mi się przykładać inne miary. Zostańmy przy tej.

PS. Dwie dodatkowe epizodyczne radości: Cillian Murphy zrobiony na stuprocentowego nerda i Michael Sheen jako cyniczny, przegięty trickster i showman. Mlask.

Your own, personal Tekken

Zupełnym przypadkiem udało mi się obejrzeć w gronie znajomych Scott Pilgrim vs the World. Z intenetsów docierało do mnie, że fajny film na podstawie komiksu, ale nie wiedziałam, jakiego typu komiks, spodziewałam się czegoś w stylu 300 czy Sin City, a tu proszę, niespodzianka, i to jaka miła. Bo styl komiksu inny, poniekąd superbohaterski, ale odświeżająco różny od komiksowych superprodukcji, które się ostatnio wyroiły.

Scott Pilgrim to sympatyczny, choć ciapowaty dwudziestolatek, który znienacka spotyka miłosć swojego życia. Nieporadnie próbuje się z nią umówić, a kiedy mu się udaje – okazuje się, że będzie musiał pokonać jej siedmiu złych ex, w walce wręcz w stylu pojedynków z Tekkena czy Street Fightera. Cały urok filmu polega na tym, że mamy całkiem realistyczne zwyczajne życie nastolatków w Toronto, z ich problemami typu zawód miłosny czy pierwszy koncert własnego garażowego zespołu, ale ten realizm przełamany jest cytatami żywcem z gier na automaty typu arcade czy ich późniejszych wersji na konsole. Zatem mamy widowiskowe walki z kopaniem, skakaniem, kombosami, piruetami i odpowiednimi efektami dzwiękowymi i świetlnymi. Mamy kiczowate serduszka w scenach miłosnych, dodatkowe życia dla bohaterów i dopałki +3 do mocy. Innymi słowy – codzienne życie przepuszczone przez magiel skojarzeń i cytatów z gierek, z drapieżną garażową muzą, sympatycznymi bohaterami, świetnymi dialogami i całą masą smaczków dla koneserów gier i filmów klasy B czy C.

Ogólnie film lekki, łatwy i przyjemny, ale i z całkiem niegłupim morałem: żeby sobie sensownie ułożyc życie człowiek musi skopać tyłki demonom z przeszłości, kompleksom i dojść do ładu ze swoim mrocznym alter ego. Seria efektownych pojedynków w Tekkena jako metafora dojrzewania i brania odpowiedzialności za swoje życie we własne ręce – ja to kupuję. A poza tym – chcę takie piękne, różowe włosy!

W słowach ślad

Jeremi Przybora i Agnieszka Osiecka. Ich piosenki znam na pamięć (ktoś nie zna?). Wtem! Okazuje się, że w latach sześćdziesiątych byli ze sobą (słowa “mieli romans” nie przeszły mi przez klawiaturę, nie pasują tu jakoś). On odszedł od żony i na jakiś czas zamieszkali razem, a w zasadzie prawie razem – bo ona nie potrafiła usiedzieć i ciągle mu wyjeżdżała. Więc pisali listy. I to jak Pisali.
Te listy to z jednej strony cudowna przygoda literacka – pełne dowcipów, słownych gier, wzajemnych parodii, oryginalnych zdrobnień i szalonych pomysłów. Z drugiej – mimo całej kreacji, ktorą oboje uprawiają, nawet w prywatnej zdawałoby się korespondencji, wyłażą na wierzch lęki, niedojrzałości, nieumiejętność komunikacji.
I to jest porażające. Dwoje mistrzów słowa, którzy nie potrafią się dogadać. Przybora czaruje słowami, uwodzi i próbuje omotać, ale jednak wciąż niepewny jest (chyba po raz pierwszy w życiu) swojego donżuaństwa. Osiecka – ucieka przed całkowitym zawłaszczeniem, nie potrafi się otworzyć, jakby bała się jego oddania, jego prób usidlenia, sama ze sobą nie potrafi dojść do ładu – więc kłamie, obiecuje, a potem ucieka jeszcze dalej.
Do listów dołączone są piosenki, które oboje napisali w tym okresie – i piosenki te więcej mówią o tym, co się w nich kotłowało, niż listy. Bo te listy są piekne, emocjonalnie intensywne, ale jednak każde z nich chowa się w słowa i nie odkrywa tego, co jest istotą tej relacji. Co jakiś czas tylko spoza tych słów wyziera ich lęk, żal, niedojrzałość.
A potem nagle listy robią się coraz bardziej zdawkowe, przyziemne i urywają się. Rozstanie nie zostało uwiecznione – albo listy z tego okresu zostały przez nich zniszczone.
Mimo wszystko to i tak jedna z najciekawszych miłosnych historii, jaką czytałam. A do tego – jak smakowicie spisana!

Hamlet under CCTV

Jako fanka Doktora i teatrolog zakręcony na punkcie Szekspira nie mogłam odpuścić Hamleta z Royal Shakespeare Company z Tennantem w roli tytułowej. Nie żałuję, to dobry spektakl. Jak to w produkcjach RSC – nie ma prawie żadnych ingerencji w tekst (poza dość zaskakującym skreśleniem finału i wkroczenia wojsk Fortynbrasa – którego imię przewija się przecież w sztuce cały czas), jest za to świetne aktorstwo i szlachetna prostota inscenizacji.

Dwór w Elsynorze jest tu współczesną monarchią, Klaudiusz chodzi w eleganckim garniturze, Gertruda w garsonce lub wieczorowych sukniach o współczesnym kroju, Ofelia w scenach domowych nosi spodnie i luźną kwiecistą bluzkę. Szaleństwo Hamleta objawia się między innymi tym, że zmienia oficjalny smoking na czerwony, porozciągany t-shirt i zaczyna po dworskich komnatach biegać boso. To dość oczywiste – aby rozwalić machinę tłamszących dworskich konwencji trzeba wyłamać się – a najprościej zrobić to rezygnując z reguł dotyczących stroju.

Ale nie tylko obyczajowo-konfekcyjne konwenanse tłamszą dwór duński – są tu wszechobecne kamery CCTV, to z nich podglądamy strażników na warcie, salę tronową, krużganek, gdzie Hamlet spotyka Ofelię. Co jakiś czas ujęcie z kamery przypomina nam – ściany mają oczy. I uszy. W scenie obmyślania pułapki teatralnej Hamlet wyrywa kamerę ze ściany i niszczy ją, żeby w spokoju zaplanować podstęp. Potem rozbitą kamerę znajduje Klaudiusz i przygląda się jej z dezaprobatą.

Wszechobecne kamery szpiegują przecież dla niego: króla-uzurpatora, mordercy brata, sprawnego polityka, który nie cofnie sie przed niczym. Klaudiusz Patricka Stewarta jest znakomitym dyplomatą, który doskonale wie, jakie guziki naciskać w otaczających go ludziach, by wypełniali jego wolę. Jest czarujący, uśmiechnięty, uprzejmy i szykowny, a zarazem potrafi trzymać wszystkich dokoła w żelaznym uścisku. Wydaje się być znakomitym władcą – tacy politycy przecież odnoszą sukces – a on jest człowiekiem sukcesu. Nawet w scenie modlitwy i okazywania skruchy za dokonany mord – zdaje się tylko powierzchownie i na pokaz kajać, wręcz z ulgą przyjmuje, że “My words fly up, my thoughts remain below: Words without thoughts never to heaven go”. On nie potrzebuje religii, jego przyziemne myśli są jasne i precyzyjne: Hamlet stanowi zagrożenie, trzeba się go dyskretnie i dyplomatycznie pozbyć. Klaudiusz zdaje się być na tronie Danii właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, i w moich oczach znacznie przewyższa jako władca swego zamordowanego poprzednika i brata (też zresztą granego przez Patricka Stewarta). Duch starego Hamleta wydaje się staroświecki, skostniały w tradycjach, sentymentalny – podczas gdy Klaudiusz to nowoczesny władca. Cóż z tego, że tyran – ale jaki skuteczny!

Hamlet zaś w tym spektaklu jest przetrąconym idealistą, który nie bardzo potrafi znaleźć sposób na wyrażenie swego buntu. Bardziej przypomina ojca niż stryja i dopiero stopniowo dorasta do tego by być godnym przeciwnikiem wyrachowanego intryganta. Więcej w nim smutku niż szaleństwa, jego błazeństwa i żarty przytłumione są rezygnacją. A gdy sam wreszcie zaczyna być bezwzględnym graczem (wysyłając Rosenkrantza i Guildensterna na smierć), nie umie jak król otrząsnąć się z wyrzutów sumienia. Tennant buduje tę postać w wielkim skupieniu, nie pozwala sobie na łatwe “doktoropodobne” wyskoki. Jest przejmujący.

Cały ten spektakl to wielki pojedynek tych dwóch: bezwzględnego, skutecznego władcy dysponującego całą machiną terroru i zbuntowanego, zgorzkniałego młodzieńca, który próbuje ten terror obalić – sprytem i udawaniem mniej szkodliwego niż jest w istocie. To walka z góry skazana na przegraną – jak pokazuje scena, w której Hamlet schwytany po śmierci Poloniusza jest przesłuchiwany przez króla – złapany przez komadosów, wtłoczony w krzesło i przywiązany do niego czarną taśmą klejącą Hamlet ma tylko swoje kpiny przeciw karabinom i pięściom, a na koniec wstrzykują mu środek usypiający i odsyłają do Anglii – na pewną śmierć. Ale Hamlet ma odwagę wymknąć się z opresji, powraca, by skonfrontować tyrana z jego zbrodnią. Co, oczywiście jest równoznaczne z samobójstwem, i Hamlet Tennanta jest tego doskonale świadomy.

Zastanawia mnie skreślenie finału z Fortynbrasem przejmującym władzę w Danii – aż prosiłoby się przecież, aby w tej inscenizacji po śmierci głównych graczy: postępowego polityka Klaudiusza i szlachetnego, lecz słabego Hamleta władzę przejął następca (który, jak z wszelkich przesłanek możemy wnosić, jest zwolennikiem skutecznej i bewzględnej szkoły uprawiania polityki na wzór Klaudiusza). Gdyby przyszedł taki Fortynbras, mielibyśmy jasną puentę – cała walka Hamleta odbyła się nadaremnie. Twórcy spektaklu kończą go jednak w momencie śmierci obu: króla i księcia, pozostawiając tron nieobsadzony, a widza bez puenty. Hm, a może takie właśnie zakończenie jest ciekawsze?

Jestem pod wrażeniem. Dobrze zrobiony kawałek klasyki.

Mole książkowe wszystkich krajów – łączcie się!


Moim największym w tej chwili zmartwieniem logistycznym jest: skąd wziąć wystarczającą ilość półek na książki, i gdzie je rozmieścić w mieszkaniu – tak żeby książki mieć pod ręką, a nie zginąć pod ich nawałą. Nie ruszam się z domu bez książki w plecaku, przy łóżku piętrzy się wiadomy stos, a każda wizyta w księgarni kończy się zakupami w ilościach raczej hurtowych.

Jeśli macie podobne objawy – przeczytajcie koniecznie “Ex libris – wyznania czytelnika” Anne Fadiman. To zbiór zabawnych esejów o literaturze i zakochanych w niej maniakach, zawierający opowieści o dziwacznych literówkach, pamiętnych dedykacjach, pisarskich osobowościach, słowem: o tym, jak wygląda życie człowieka totalnie zakręconego na punkcie czytania. Autorka jest kobietą sympatyczną i dowcipną, olśniewa, ale nie przytłacza swoją erudycją, a do tego książka ma fenomenalną polską redakcję: każdy esej dopełniają dowcipne komentarze, wyjaśnienia i dodatkowe fakty z naszego literackiego podwórka, dopisane z wdziękiem przez redaktora – Jana Gondowicza. Pewna staroświeckość podejścia do książek też jest tutaj zaletą – dla autorki istnieją one tylko w wersji papierowej, a idea e-booka nie byłaby może bluźnierstwem, ale jednak na pewno niczym pociągającym. To opowieść o miłości zmysłowej, wymagającej szelestu kartek, zapachu farby drukarskiej, ciężaru tomu w ręku.

Obowiązkowa pozycja dla każdego mola książkowego. Ja w czasie lektury doświadczyłam miłego poczucia wspólnoty, czego i państwu życzę.

Piosenką opowiesz wszystko

(zdjęcie ze strony Teatru Współczesnego)

Zakazana speluna, gdzie spotykają się alfonsi, mordercy, podpalacze, wyrzutki i inne ponure typy. Wszystko spowite dymem, w kącie pianista, kontrabas, skrzypce i bębny, salę wypełniają tańczące pary, pod ścianami niedbale usadowieni ci, którzy są zbyt pijani by tańczyć. Ponure tango, w którym pary siłują sie ze sobą, próbują się nawzajem udusić, a zarazem splatają się w erotcznych pozach. Kobiety są piekne, lecz już zmęczone imprezą, z rozmazanym makijażem, na haju lub tuż po, mężczyźni ponurzy, agresywni, wiadomo, że w kieszeniach kryją noże, kastety i spluwy.

Każde z nich ma swoją historię, każde z nich dostanie szansę by ją wyśpiewać. Zgwałcona dziewczyna, alfons rekrutujący uczennice, seryjny morderca, psychopaci – cała ta banda poparańców opowie ze szczegółami co kłębi się w ich odurzonych alkoholem i innymi używkami głowach.

To właśnie dzieje się na scenie w spektaklu Moulin Noir, przygotowanym przez zeszłorocznych absolwentów warszawskiej Akademii Teatralnej na scenie Teatru Współczesnego. Piosenki Waitsa, Cave’a i Jaquesa składaja się na dwuipółgodzinny fascynujący spektakl – z jednej strony pełen znakomitych solowych interpretacji, z drugiej – sprawnie wyreżyserowany zbiorowy portret wystylizowanego, mrocznego środowiska wyrzutków i przestępców. Dynamiczne sceny zbiorowe przeplatają się z lirycznymi piosenkami, do tego świetnie pomyślany ruch i taniec. No i ten klimat. Spleen, makabra, dno. Ale jakie to smakowite.

Znakomita muzyka na żywo, kawał świetnego śpiewania i aktorstwa, bardzo polecam wszystkim, którzy lubią takie klimaty.

Lem też człowiek

Recenzja trochę zaległa, bo książkę przeczytałam parę miesięcy temu.

Awantury na tle powszechnego ciążenia” czyta się jednym tchem i z wielką przyjemnością. Syn Stanislawa Lema spisał w nich rodzinne anegdoty, dziecięce wspomnienia, późniejsze odkrycia dotyczące ojca. Wynika z nich, że Lem był nieznośnym domownikiem, a jeśli chodzi o skille socjalne – łagodnym określeniem byłoby słowo ekscentryk, a bardziej odpowiadającym rzeczywistości: abnegat. Nazwijmy rzeczy po imieniu: Lem był po prostu stuprocentowym nerdem. Jak inaczej nazwać faceta, ktory z wycieczki do Berlina Zachodniego przywozi kolejkę elektryczną (a był wtedy po czterdziestce i nie planował potomstwa)? Który konstruuje skomplikowane maszynerie, nie tylko udające kolejkę na Kasprowy, ale też rażące prądem bogu ducha winnych gości na rodzinnych imieninach?
Takich historyjek jest w tej książce mnóstwo. Spoza nich wyłania się jednak obraz czułego i bardzo fajnego ojca i męża. Do tego Tomasz Lem opisuje je lekkim, zwinnym piórem, umie dawkować suspens i celnie puentować opowiastki.
Efekt: wciągajaca lektura, obowiązkowa nie tylko dla miłośników Lema. Bardzo polecam.

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.