Trudno być boginią

Żeby dostać się na Lupę do Dramatycznego w Warszawie trzeba wykazać się wytrwałością i determinacją. Spektakl grany jest dwa razy w miesiącu, na niewielkiej widowni, a do tego nieliczne miejsca wejściówkowe zarezerwowane są dla studentów oraz znajomych reżysera i aktorów. Przed kasą zatem rozgrywają się sceny dantejskie, a żeby zdobyć bilet trzeba zakrzątnąć się jakieś dwa miesiące przed datą spektaklu. Nam udało się wyjść zwycięsko z bitwy o wejściówki. Piszę o tym, bo całkiem ładnie łączy się to z tematem spektaklu – jakim jest próba uporania się ze sławą. I z gigantycznymi oczekiwaniami świata wobec tych wyniesionych na piedestał. Nie ukrywam, po takiej walce o miejsce na widowni oczekiwania rosną. Lupa zaś funduje nam bardzo przekonujące studium frustracji jaka tworzy się w kimś, kto takim wygórowanym oczekiwaniom musi sprostać.

Podglądamy Marilyn w stadium najprywatniejszego rozmamłania. W depresji po rozstaniu z Arturem Millerem, w zmaganiach z nigdy nie zagraną rolą Gruszeńki z Braci Karamazow, ale tak naprawdę nie jest to praca nad rolą, lecz wychodzące poza granice jakiegokolwiek smaku wylewanie frustracji, bezradności i słabości. Już na samym początku Marilyn słyszy “Jesteś symbolem, jesteś nieprawdopodobnie ważna. Jesteś ważniejsza niż Chrystus!” Jak znerwicowana, opuszczona kobieta ma żyć z takim brzemieniem?

Patrzymy więc jak bardzo Marilyn sobie z nim nie radzi. Jak rzuca się w alkohol, kabotyństwo, kapryśność, jak wiesza się na odwiedzających ją bliskich osobach, jak wysysa z nich soki, jak wypytuje i domaga się potwierdzeń, zadając wciąż pytanie “Kochasz mnie?”  Nie jest to miłe widowisko, to ponury i męczący spektakl, nierówny, rozciągnięty w czasie, bolesny. Po wyjściu z teatru nie byłam zadowolona z wieczoru, czułam sie wymęczona i znużona. Tak jednak miało być, ta wiwisekcja na scenie nie mogła być zdyscyplinowana, spójna i dająca estetyczną satysfakcję. Na pewno jednak miała siłę, zwłaszcza w finale, gdy ta słaba, nie radząca sobie ze światem dziewczyna zostaje pożarta i ukrzyżowana przez przytłaczającą rzeczywistość planu filmowego. W prywatnej przestrzeni Marilyn, w ktorej toczyły się intymne dialogi nagle pojawia się mnóstwo ludzi, światła, kamery, statyści. Ktoś komenderuje, ktoś przestawia meble – w tym wszystkim odbywa się powolny rytuał męczeństwa Marilyn, w którym i my, widzowie mamy swój udział.

To trudny i wymagający teatr. Nie potrafię powiedzieć, czy spektakl był dobry.  Ciężko rozpatrywać go w standardowych kategoriach kompozycji i reżyserii. Nie odkrywa głębokich prawd, raczej obnaża teatralne i artystowskie bebechy poza granice, do których jesteśmy przyzwyczajeni.

Smuteczek

Zawiodłam się na Robercie Wilsonie. Po artyście tej miary można spodziewać się przynajmniej konsekwencji, ja już nie proszę o olśnienia (aczkolwiek parę olśnień mi jego prace swego czasu dostarczyły), ale niech chociaż będzie spójnie. Niestety “Faust” w  Operze Narodowej sprawia wrażenie, jakby stary wyga wrzucił do jednego worka kilka sprawdzonych pomysłów i jeden pomysł od czapy, uznając że to wystarczy.

Wersja Alfa opisał już dość dokładnie co się dzieje na scenie, ja więc ograniczę się do krótkiego komentarza. Postaci poruszające się jak automaty to dość częsty motyw u Wilsona – fakt że w tym dramacie obsadzenie Mefista jako “nakręcacza” automatów aż sie prosiło, a i scenicznie nadal robi to ogromne wrażenie – wciąż jednak z tyłu głowy cichy głos powtarzał mi “byooo”.

Stylistyka niemieckiego ekspresjonizmu też świetnie do Fausta pasuje, ale i to powtórzona klisza z wcześniejszych inscenizacji. Ok, monumentalne a zarazem ascetyczne scenografie robią wrażenie, sceny zbiorowe pieczołowicie komponowane i prowadzone w rytmie też zasługują na szacun, ale jest w tym spektaklu też kilka scen gdzie scenografia jakoś kompletnie się nie udała (imo przede wszystkim ogród Małgorzaty i Kościół). No i jest jedna nieszczęsna noc Walpurgii, gdzie z ekspresjonistycznego filmu lat ‘30 trafiamy nagle w kiczowate dziewiętnastowieczne variete (noc walpurgi jako naiwny i nieciekawy choreograficznie taniec przebranych za diabełki balerin – czerwone skrzydełka, różki, fuuuj). Spójna estetycznie całość rozpada się zupełnie, i nie potrafię znaleźć żadnej motywacji stojącej za taką decyzją o inscenizacji tej sceny. Poza przypuszczeniem, że Wilson nie miał na nią pomysłu i postanowił pojechać kiczem. I moim zdaniem zepsuł tym całkowicie odbiór spektaklu – nawet mimo znakomitej, ponownie prostej stylistycznie sceny finałowej.

Lubię styl Wilsona, gdyby trzymał się sprawdzonych klisz może miałabym mu za złe pewien autotematyzm – ale spektakl broniłby się jako przemyślany i spójny interpretacyjnie. I naprawdę piękny stylistycznie – obejrzyjcie sobie zdjęcia. Ten nieudany balecik z trzeciego aktu obudził we mnie jednak poważne podejrzenia, że tym razem mistrz  odwalił chałturę. I przykro mi, bo sądziłam, że stać go na więcej.

Jak spieprzyć musical – lekcja poglądowa

Wyszłam z kina z “Dziewięć” przepełniona potężnym niesmakiem. Jak można mieć taką obsadę, taki budżet i tak spieprzyć?

Od razu dodam, że nie zamierzam w ogóle porównywać z “Osiem i pół” i nie przez kontrast jestem zniesmaczona. “Dziewięć” to musical,  coś całkowicie ortogonalnego do kina Felliniego i sam pomysł porównywania tych dwóch rzeczy jest kompletnie od czapy. Aczkolwiek dodać muszę, że jeśli zamysłem twórców był hołd dla Felliniego, to na jego miejscu co noc nawiedzałabym odpowiedzilnych za nakręcenie “Dziewięć” w koszmarach sennych i prała po mordzie. Zrobili bowiem film, który po prostu nie daje się oglądać, jakiekolwiek kryteria do niego przyłożymy.

Po pierwsze: musical. Od razu mówię, że uwielbiam musicale i swoje ulubione tytuły potrafię oglądać nawet kilkadziesiąt razy. Do ponownego obejrzenia “Dziewięć” nie dam się zaciągnąć żadną ludzką siłą. Ok, są piosenki, są olśniewające kostiumy i zbiorowe choreografie. Tylko piosenki marne, a choreografie sfilmowane jakoś tak nieciekawie i niesmacznie (no może poza solowym numerem Penelope Cruz), że naprawdę nie ma jak się zachwycić ani dać porwać. A musical powinien czarować, zachwycać i porywać. Jedyny kawałek który w tym filmie dał mi tego namiastkę to wyśpiawane przez Judi Dench “Folies-Bergeres” z cudownym frrrancuskim “r”.

Po drugie: postaci, fabuła, dramatyczne napięcia między nimi. W tej sferze  jest chyba jeszcze gorzej. Day-Lewis przez cały film gra niezgrabnego menela, i w tej sytuacji tłumy szalejących z miłości do niego przepięknych kobiet są po prostu zupełnie niewiarygodne. Poszczególne  epizody nie kleją się ze sobą, są sceny tak banalne, żenujące i pozbawione napięcia dramatycznego, że czułam się jak na polskim filmie.  A potem jeszcze widz dostaje jak obuchem morałem na dalszą drogę życia, od którego naprawdę wszystko opada.  Ja rozumiem, że musical ma nie być mądry ani głęboki. Ale na litość, niech nie będzie nudny!

“Dziewięć” wygląda naprawdę jak film kogoś dotkniętego głęboką niemocą twórczą. Są w nim kolorowe fajerwerki,  ale zupełnie nie ma pomysłu na całość. Mam poczucie, że ktoś przyszedł i powiedział: wrzućmy do jednego worka kilka nazwisk światowej klasy, podlejmy strumieniem forsy i na pewno wyjdzie z tego coś, na czym zarobimy jeszcze więcej forsy. Problem w tym, że musical powinien być dobrze skrojony pod każdym względem: ma dawać rozrywkę, zachwycać bogactwem i oryginalnymi pomysłami, toczyć się wartko i trzymać dramatyczne napięcie.

Bogactwa ten film ma aż nadto. Zabrakło wszystkiego innego.  FAIL.

Prowadź swój pług przez kości umarłych

Nowa powieść Tokarczuk promowana jest jako wariacja na temat klasycznego kryminału. Zupełnie nie tak ją odebrałam, chociaż fakt, trup się ściele, i to tajemniczo. No dobra, jest oczywiście pytanie “kto zabił”, a na końcu książki pada na nie odpowiedź. Ale to absolutnie nie jest książka o rozwiązywaniu kryminalnych zagadek (chyba że się jako kryminalną zagadkę potraktuje temat “dlaczego świat jest tak bez sensu urządzony”).  Nie jest to też na szczęście filozoficzna rozprawka – mam wrażenie że Tokarczuk weszła na kolejny pisarski level, nabrała lekkości, zaciera granicę między próbami definiowania świata a fabułą per se, i wychodzi jej to świetnie.

Największym dla mnie walorem była narracja w pierwszej osobie i to, jak sprytnie Tokarczuk łapie widza w świat głównej bohaterki – starszej pani sfiksowanej na punkcie walki z krzywdzeniem i zabijaniem zwierząt. Do tego jako najlepszego narzędzia poznawczego używającej astrologii. Przez cały czas lektury miałam zabawne rozdwojenie jaźni – z jednej strony Janina Duszejko zachowuje się i myśli jak starsza pani z nieszkodliwym szmerglem, którą w naturalnym odruchu traktuje się lekceważąco i  zbywa, a z drugiej strony – tak głęboko wciągnełam się  w jej sposób patrzenia na świat, że zupełnie nie mogłam się oderwać od lektury.   I dodam tylko jedno: świat widziany oczami pani Duszejko wart jest zobaczenia.

Bardzo smakowita i treściwa lektura. With a twist.

Miało być o Weillu, a będzie o tańcu

Krzysztof Pastor w 2001 roku zrealizował taneczny collage na podstawie muzyki Kurta Weilla w Amsterdamie. Teraz produkcję tę oglądać można w Warszawskim Teatrze Wielkim, powtórzoną z polskim zespołem. Nie jest to po prostu balet – songi Weilla śpiewane są na żywo przez znakomitych śpiewaków (m. in. Małgorzatę Walewską), do tego budujące klimat projekcje na wielkich ekranach, sporo partii chóru. Widowisko pełną gębą.
Weilla dotknęło przekleństwo “obyś żył w ciekawych czasach”, i o tych czasach przede wszystkim opowiada inscenizator. Mamy tu stylizację na nieme, czarno-białe kino, pełen kawiarni i kabaretów Berlin, potem fragmenty “Dyktatora” i filmów Leni Riefenstahl, tancerzy w brunatnych koszulach, widok Berlina zburzonego po wojnie, a potem klimaty Broadwayu, jazz, kolory, coca-colę, język songów z niemieckiego zmienia się w angielski. Formalnie jest to ciekawe, choreografia pięknie uzupełnia muzykę i projekcje, tworząc sugestywną wizję epoki, czy też epok, w których przyszło żyć kompozytorowi.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jeden mały problem, mój osobisty problem z baletem klasycznym. Owszem, balet Pastora to balet nowoczesny, lecz forma tańca nadal skostniała w klasycznej baletowej sztuczności. Jako miłośniczka tańca współczesnego, który z buntu przeciw tej sztuczności wyrósł, mam problem z docenianiem niewątpliwie ciężkiej pracy tancerzy i odbiorem ich tańca. Sztywny, mocno skodyfikowany balet, wymagający nienaturalnych wygięć stawów może i jest na swój sposób piękny, dla mnie jednak pozostaje pustą wydmuszką.
Znacznie bardziej wolę popatrzeć na taniec Piny Baush, pełen emocji, nieskodyfikowany żadnymi pozami, płynny, żywy.
Taniec współczesny potrafi mnie wzruszyć, porwać, wstrząsnąć mną i zachwycić. Balet – także balet nowoczesny – pozostawia mnie obojętną. Dla mnie taniec jest żywiołem. Ruch, zmaganie się z materią ciała, z jego ciężarem, walka ze sobą, szukanie ujścia dla emocji – to mnie ciekawi, to lubię oglądać. A balet cały jest o tym, że nie ma ciężaru, że ruch jest piękny, wymuskany, a pracy włożonej w osiągnięcie tego nie powinno być widać.
I dlatego nie kupuję widowiska Pastora, choć i za pomysł i za realizację należy mu się duży szacun.

Kameralna zagłada

Klasyka grozy – “Zagłada domu Usherów” Poego, w operowej wersji Phillipa Glassa – nie mogłam tego przegapić. I mimo że dostałam coś zupełnie innego, niż się spodziewałam, jestem bardzo zadowolona z wieczoru.

Obsesyjność, narastający nastrój grozy, ponurość, nieuchronne dążenie do zagłady – wydawałoby się, że Glass swoją muzyką podkreśli i wydobędzie te najbardziej charakterystyczne cechy stylu Poego. I zrobił to – ale bardzo delikatnie. To nie jest muzyka która przenika do szpiku kości,  nie szarga też nerwów. Raczej subtelnie operuje nastrojem i jest to bardziej cicha melancholia niż skrajna rozpacz.

Do tego konsekwentnie pomyślana inscenizacja w pięknej przestrzeni (znakomita scenografia Magdaleny Musiał, z krzesłami na pękniętej ścianie, która jest zarazem podłogą, starymi, jakby kalekimi sprzętami i szpitalnymi akcesoriami w tle), z ciekawym i świetnie rozegranym pomysłem: Usherowie – brat i siostra – nie tyle są chorzy, co chowają się przed światem w krainę dzieciństwa. Zamknięci w czterech ścianach, w rozczłapanych piżamach uciekają przed dorosłym życiem i odpowiedzialnością, na starych fotelach snują dziecinne marzenia, oglądają filmy na których widać, jak bawili się mając 5 lat, przebierają się w “dorosłe” stroje, lecz tak naprawdę tęsknią tylko za ciszą i bezpiecznym światem dziecinnego pokoju, za zamknięciem się w ciemnej szafce, ktora może być bramą do innego, baśniowego świata.

W ten zagracony, lecz bezpieczny świat co i rusz wdzierają się pielęgniarze z zastrzykami i kroplówkami, trochę sadystyczni, antypatyczni, próbujący ustawić do pionu rozmemłanych Usherów, a potem i Williama.
Roderick bawi się kolejką elektryczną (która w pierwszej scenie jest pociągiem wiozącym Williama z wizytą), a sztuka, którą się zajmuje to fotografowanie siostry przebranej w wymyśle stroje. Tych ubrań jest wszędzie pełno, wśród nich błąkaja się zabawki – gumowy dinozaur, piłka, zdechła wrona (uroczy pomysł, żeby z Kruka Poego uczynić truchło szturchane patykiem).

O tym, że Madelaine nie żyje dowiadujemy się w ciemni fotograficznej, w której Roderick rozwiesza wielkoformatowe zdjęcia – portrety zmarłej. Nie jest jasna relacja między rodzeństwem, są chwile, w których wydaje się, że właśnie napięcie erotyczne między nimi wpędza Madelaine w chorobę. Ale i to napięcie – jak wszystko w tym domu – rozmywa się, rozłazi, nie znajduje spełnienia.

Wszystko to konsekwetnie prowadzi do finału, który w tym spektaklu szczególnie mnie ujął. Nie zdradzę jak reżyserka rozwiązała ostateczną zagładę domu Usherów, powiem tylko, że pomysł jest genialnie prosty, zaskakujący, a zarazem idealnie pasujący do klimatu całości.
Piękny, nostalgiczny spektakl. Bardzo polecam.

Borys Polityk

Nowa inscenizacja Mariusza Trelińskiego zmienia historię Godunowa we współczesne polityczne medialne show.
Spektakl ma tylko dwa akty: pierwszy z nich przedstawia zdobycie władzy przez Borysa i jego koronację (jako żywo przypominjącą uroczystości na cześć tyranów XX wieku: tańczące dzieci, wiwatujące tłumy, mowa intronizacyjna transmitowana na wielkie telebimy). Drugi akt niemal w całości rozgrywa się w studiu telewizyjnym i skupia się na pokazaniu upadku Cara – i manipulacji medialnej, jaka za ów upadek odpowiada.

Godunow jest w tej inscenizacji bezwzględnym politykiem, który władzę przejmuje nie tylko mordując dziecko – następcę tronu, ale także zastraszając społeczeństwo dobrze znanymi sposobami machiny terroru i propagandy (oddziały specjalne z pałkami zaganiające nieposłuszny tłum, medialne przeistoczenie mordercy w bolejącego nad stratą i ustanawiającego miejsce kultu na grobie swej ofiary nowego władcę).

Jest jednak Godunow postacią tragiczną – nawiedzany przez ducha zamordowanego carewicza (a u Trelińskiego duch mnoży się, Carowi zwiduje się kilku zakrwawionych chłopców jednocześnie, potęgując atmosferę paranoi i obłędu), zaszczuty przez bezwzględny świat polityki, gdzie każdy dowód słabości władcy jest pretekstem do obalenia go. I obalenie to następuje – w studiu telewizyjnym, wśród tandetnego blichtru Car ma udowodnić swoją siłę, lecz zręcznie manewrujący przeciwnicy (Szujski, Pimen) zadają celne medialne ciosy – Jurodiwy demaskujący Cara jako mordercę jest dzieckiem w fotelu na kółkach, natychmiast kojarzącym się z pierwszą ofiarą Godunowa, historia o uzdrowieniu niewidomego na grobie carewicza gra na nastrojach łatwowiernego tłumu żądnego opowieści o cudach. Car ginie w kałuży krwi, a umierając jest świadkiem śmierci swojego syna – niejako powtórzenia swej własnej zbrodni. Okrutna machina polityki przemieliła jego i jego rodzinę.

Uwspółcześnienie, tak chętnie stosowane od lat w przypadku wystawień klasyki, w tej operze zdaje się być jak najbardziej uzasadnione. Pokazanie historii Godunowa jako współczesnej politycznej farsy z tragicznym zakończeniem zdaje się być oczywistym interpretacyjnym wyborem. Może dlatego spektakl ten poruszył mnie mniej, niż poprzednie urzekająco proste i stylowe inscenizacje tego reżysera – wszystko, co działo się na scenie było aż nazbyt oczywiste.

Słowa uznania należą się świetnej scenografii: zimne, ruchome ściany z metalowych płyt, które zależnie od konfiguracji stają się gabinetem polityka, przestrzenią publiczną przypominającą stację metra, placem defilad, modernistyczną nadmorską willą władcy. Dominującym kolorem jest biel – na ktorej tym wyraźniej widać czerwone plamy krwi. A ta leje się w spektaklu obficie. Treliński nie stracił także nic ze swej reżyserskiej precyzji – przekaz jest spójny, piękny plastycznie, bardzo dobrze współgrający z muzyką. Zabrakło jednak subtelnej scenicznej magii, która urzekła mnie w jego poprzednich dziełach.

Nienasycenie w nadmiarze

Tomasz Hynek spróbował przełożyć na język teatru najbardziej znaną powieść Witkacego. Czy mu się to udało? I tak, i nie.
Paradoksalnie dążenie do jak najwierniejszego oddania ducha powieści ciąży temu spektaklowi. Wydaje się, że Hynek chciał przerzucić na scenę wszystko co ważne: i dla fabuły, i dla stawianych przez Witkacego tez. No i przesadził – spektakl jest za długi i przepełniony chaosem, brakuje mu dyscypliny formalnej. Można oczywiście powiedzieć, że powieść ma te same wady, a jednak pozostaje znakomita. Owszem, lecz odbiór dzieła teatralnego znacznie się różni od odbioru lektury – chaos i brak dyscypliny w teatrze potrafi zarżnąć i najlepsze idee.

Po tym podstawowym zarzucie – braku jasności, nadmiaru wątków, wielości tekstów wygłaszanych naraz (nieznośny zabieg, bohaterowie co i rusz przekrzykują się nawzajem, dwie rzeczy dzieją się jednocześnie, a widz pozostaje zupełnie zdezorientowany i nie jest w stanie wyłowić znaczeń z zagłuszających się nawzajem tekstów) – pora na stwierdzenie, że to mimo wszystko nie jest zły teatr.

Są w tym spektaklu perełki, dla których warto go zobaczyć. Znakomite role: Ewy Błaszczyk (Księżna), Mirosława Zbrojewicza (Tengier), Wiesława Cichego (Ojciec, Kocmołuchowicz). Świetny pomysł przeplatania fabularnych scen z życia Zypcia recytowanymi lub śpiewanymi przez chór komentarzami do sytuacji społeczno-politycznej (każde wejście to inny pomysł, wszystkie dowcipne i świetnie zagrane, z niecierpliwością czeka się na kolejne pojawienie się chóru, za to należą się reżyserowi i aktorom wielkie brawa). Nie brakuje wysokiej jakości mięsa teatralnego, smakowicie zagranych i trzymających w napięciu scen.

Mam nadzieję, że z czasem (bo widziałam spektakl premierowy) chaotyczne i niezborne elementy przedstawienia się wygładzą, i całość się “doczyści” – bo naprawdę wielka szkoda, że te świetne fragmenty giną zamazane uciążliwym odbiorem reszty.

Ojciec wyszydzony

Monodram Rafała Rutkowskiego według tekstu Michała Walczaka to zlepek scenek i opowieści zawierający wszelkie stereotypy na temat ojcostwa. No i narodowych przywar – bo w końcu to “Ojciec Polski”.

Rafał Rutkowski dał się poznać jako utalentowany komik w projektach przygotowywanych wspólnie z Montownią, a i z Walczakiem współpracował wcześniej. Jego łatwość zmieniania fizjonomii i wcielania się w charakterystyczne, skrajnie odmiennie od siebie role predystynuje go do takich popisów i do formy stand-up comedy, jaką z założenia ma być ten show.
Jest cięty, czasem dość przaśny humor, jest trochę czytej wody wygłupów, trochę aktorskich popisów, próby angażowania widzów w akcję sceniczną, ogólnie nie ma na co narzekać. Walczak z Rutkowskim nabijają się z męskiego tchórzostwa, pozerstwa, nieodpowiedzialności, dostaje się także rozhisteryzowanym i niezdecydowanym babom. Boli trochę, że wszystkie te tematy są ograne i obśmiane na mnóstwo sposobów, choćby w popularnym “Testosteronie” – a spektaklowi w Polonii nie udaje się wnieść w to obśmiewanie nowej jakości. Ot, jest to kabaret o tym, co wy wiecie, a my rozumiemy. Owszem, można się pośmiać i spędzić mile wieczór.

Trochę też mam wrażenie, że Rafał Rutkowski rozmienia się na drobne w takich projektach, ma facet talent i stać go na więcej.
Tak, wiem, że to miał być z założenia wieczór lekki, łatwy i przyjemny. Ale widywałam w jego wykonaniu rozrywkę znacznie wyższych lotów. Stąd pewien niedosyt.
Mimo wszystko – polecam, jeśli ktoś chce się nieco rozerwać.

Raport o niemożności

solaris2

(Zdjęcie z materiałów TR dostępnych na stronie teatru, fot. Jacek Domiński)

Zgodnie z przewidywaniami “Solaris” Lema świetnie sprawdza się w teatrze. I co więcej, teatr potrafi wydobyć z powieści to, czego nie dało rady kino – w teatrze fabuła jest pretekstem, a prawdziwym tematem jest niemożliwość kontaktu z Obcym, niemożliwość poznania w ogóle. Twórcy spektaklu w TR Warszawa dali radę zachować klimat sf, a zarazem sięgnęli w głąb i moim zdaniem całkiem udatnie zajęli się kognitywistycznymi dylematami opisanymi przez Lema.

Scenografia daje złudzenie stacji kosmicznej – scenę od widowni oddziela pleksiglasowa rama, kojarząca się ze śluzą na statku, taka sama forma powtórzona jest w głębi sceny, otaczając ekran, na którym pojawiają się projekcje. O nich słów kilka – wielokrotnie na ekranie wyświetlane są przyspieszone, zmontowane a la Koyaanisqatsi, ujęcia zapełniającej się ludźmi widowni TR – sugestia, że tu my-widzowie pełnimy rolę oceanu-obserwtora i eksperymentujemy na zamkniętych w stacji naukowcach. Poza tym w ramach projekcji wyświetlane są fragmenty “Lotu na księżyc” Meliesa – pierwszego w historii filmu o lotach w kosmos, oraz futurystyczno-naukowe graficzne formy. Inne rekwizyty sf to mrożone, prasowane mięso jedzone przez astronautów; kosmiczny kombinezon w którym na scenę wkracza Kelvin – bardzo podobny do skafandrów stosowanych w misji Apollo; wiszące pod sufitem wentylatory i szafy-tuby z materiału; szelki pomagające poruszać się w nieważkości noszone przez Snauta.

Oprócz nawiązań do tradycji sf reżyserka mnoży inne cytaty, odwołania, tropy interpretacyjne. Murzynka Gibariana wygląda jak wyjęta z filmów Felliniego, w scenie przekazywania komunikatu oceanowi na ekranie LCD pojawia się obraz Holbeina “Ambasadorowie” (znakomity kontekst dla dzieła Lema, symbol bezradności wobec przemijania, daremności wszelkich wysiłków zmierzających do porozumienia), Snaut paraduje w surducie i peruce przypominającej Mozarta, a podesty stacji kosmicznej podparte są stertami książek. Nie braknie także popiersia Sokratesa (najsłynniejszego wątpiącego – “wiem, że nic nie wiem”), wypchanego sokoła, innych niepozornych, a znaczących drobiazgów.

Scenografia i projekcje już same w sobie przywołuja temat trudności z poznaniem i kontaktem  (choćby wspomniani “Ambasadorowie”). Sartorius w swoim laboratorium podglądany jest cały czas przez kamerę, obraz zarejestrowany przez nią widzimy na dużym ekranie LCD z boku sceny. Zanim Sartorius pojawi się na scenie, odbywa się rytuał jego przygotowań do wyjścia – a potem łomot zbliżających się po schodach kroków. Przy którymś z kolei razie kamera podąża za nim i widzimy, jak aktor udaje ten tupot, stapając wyłącznie po dwóch stopniach, które ukryte są w kulisie. Obnażanie złudzeń, kwestionowanie scenicznej rzeczywistości – powróci także w wielu innych wariacjach.

Kluczowym dla mnie problem z adaptacjami Solaris było: jak pokazać “gości” tworzonych przez ocean tak, ażeby byli rzeczywiście obcy. W Warszawskim przedstawieniu udało się to znakomicie w przypadku Harey. Aktorka gra w zasadzie ciało wypełnione szczątkową, niepełną świadomością, a pełnia obcości wydobywana jest w fizycznych kontaktach z Kelvinem – zamiast dotyku, czułości, bliskości mamy męczący, dziwaczny taniec współczesny, choreografię bardziej przypominającą walkę niż jakikolwiek kontakt. Postać Harey składa się z przebłysków, w których mówi i zachowuje się jak zdezorientowana, naiwna dziewczyna oraz dziwnych, bolesnych, ekspresyjnych ruchów, jakby testujących możliwości i elastyczność sztucznie stworzonego ciała – i ta choreografia skutecznie przekonuje, że Harey jest Obcym.

Fabularnie mamy tu wierne i dokładne odtworzenie książki, świetne aktorsko, wciągające i dramatycznie wybrzmiewające sytuacje. Warto zobaczyć tę inscenizację powieści Lema, chyba najwierniejszą intencjom autora.