Z pierwszego Trona pamiętam niewiele - przede wszystkim podekscytowanie mojego ojca tym, że to pierwsza animacja wygenerowana komputerowo. A to co pamiętam z samego filmu jest głównie wizualne: światłocykle, grid pocięty prostymi liniami, wirująca kolumna światła.
Z nowego Trona też zostaną mi w pamięci głównie obrazy, ale za to dzięki 3D w imaksie to są obrazy wszechogarniające, przy tym gigantycznym ekranie człowiek czuje że siedzi w środku filmu i to jest niesamowite. To samo wrażenie miałam zresztą na Avatarze – głęboka imersja w świat przedstawiony i nieskrępowany zachwyt tym uczuciem i światem, który mnie otacza. Zachwyt i radość z zanurzenia powróciły w Tronie, choć świat przedstawiony zupełnie inny, ale chyba nawet bardziej zachwycający niż obłędna kolorystyka i krajobrazy Pandory. Tron jest wysmakowany estetycznie, piękny dzięki szlachetnej prostocie designu i twórczej konsekwencji. Czerń, biel, srebro i pomarańcz – nie trzeba więcej barw. Do tego obrazy, które pozostaną w głowie na długo: Początkowa podróż kamery przez cyfrowe miasto, które przeistacza się w świat realny, zakończona niesamowitym lotem nad wodą. Skórzano-kewlarowe kombinezony w świetliste proste wzory. Gigantyczne pojazdy w kształcie bram czy łuków triumfalnych unoszące się wysoko nad czarnym pustkowiem. Białe i czarne makijaże programów imprezujących w klubie w świetlistej kapsule na szczycie ogromnej wieży. Szklący się pociąg zaprojektowany z eleganckich krzywych i przemieszczający się po świetlistym promieniu. Chłodna elegancja wnętrza pustelni Kevina Flynna.
Wszystko zanurzone w precyzyjnej, pulsującej muzyce Daft Punk, doskonale dopasowanej do tego co widać na ekranie. Ten film wywołuje czysty estetyczny zachwyt, opowiedziana historia nie ma dla mnie znaczenia, wystarczy piękno obrazu, gra białych i pomarańczowych świateł na czerni, dynamika zmieniających sie scen, tętniący elektroniczny rytm. Jeśli mierzyć wartość filmu przyjemnością wyniesioną z oglądania – daję 10 punktów na 10. I nie bardzo chce mi się przykładać inne miary. Zostańmy przy tej.
PS. Dwie dodatkowe epizodyczne radości: Cillian Murphy zrobiony na stuprocentowego nerda i Michael Sheen jako cyniczny, przegięty trickster i showman. Mlask.
1 Comment(s)
Comments RSS TrackBack Identifier URI

Cillian Murphy jak Dillinger nie jest stuprocentowym nerdem. Jest na to stanowczo zbyt atrakcyjny i przystojny
))